Depresja
związana ze zmianami klimatycznymi, a już na pewno znaczne pogorszenie
nastroju, nawiedza mnie od czasu nieudanej apokalipsy. O ile kiedyś można było
poradzić sobie ze śmiercią odnajdując ja w nieśmiertelności gatunkowej, w
kolejnych pokoleniach w których trwa nasze dzieło. To przestało działać, gdy
cały gatunek może wymrzeć w niedługim czasie. Teraz wychylenia w przyszłość są
jak spotkanie z najgorszymi monstrami. Rozpacz wydaje się racjonalnym wyjściem.
Dość przyjemną strategią godzenia się z wymieraniem gatunku. Tylko, ale… jednocześnie,
z przyczyn politycznych, namawia się mnie do nie popadania w mroczne nastroje.
Rozpacz jest wrogiem wszelkiej możliwej próby powstrzymania końca ludzkości.
Trzeba żywić nadzieję. Tylko czym? Smogiem?



